Nauczyłam się bycia radosną


Spotkanie autorskie z Emilią Krakowską


Fani talentu i temperamentu Emilii Krakowskiej mogli w czwartek, 10 marca, podczas spotkania autorskiego zorganizowanego w Teatrze Propozycji "Dialog", na własne oczy i uszy przekonać się o sile osobowości pochodzącej z Poznania aktorki.

Aktorka wielokrotnie podkreślała wzruszenie obecnością na deskach "Dialogu", uosabiającego doskonałą, bo opartą na słowie, formę teatru: "Teatr to słowo. Teatr rapsodyczny, który państwo tutaj uprawiacie, to najczystszy teatr. Musimy spojrzeć sobie w oczy i wyartykułować słowa. A ze słowa wychodzi myśl. To musi być w nas, a nie w naszym "udzielaniu się".

Siła energii Emilii Krakowskiej jest niezaprzeczalna. Rozśmieszając zgromadzoną publiczność do łez, artystka barwnie opowiadała o swoim dzieciństwie, młodości, szkolnych doświadczeniach i pracy z mistrzami polskiego kina. Były anegdoty o Andrzeju Wajdzie, Zbigniewie Zapasiewiczu i Danielu Olbrychskim.

Aktorka odpowiadała na pytania prowadzącej spotkanie Jadwigi Koprowskiej i publiczności. Oto niektóre z nich:

- Kto i w którym momencie miał szczególny wpływ na pani poglądy? Czy przekonania na temat kultury słowa, o której tyle dziś pani wspomina, wyniosła pani z domu, ze środowiska? Czy to panią ukształtowało, czy może nauczyciele ze szkoły teatralnej to pani wpoili?

- Bądźmy szczerzy. Nie mogę zajrzeć do wszystkich życiorysów, ale to się wynosi z domu. Jeśli chodzi o mnie, to nauczyłam się tego od ludzi, którzy od dzieciństwa i do dzisiaj pochylali się nade mną. Od wczesnych lat byłam zaciągana na wszystkie koncerty do filharmonii, bo moja mama była nauczycielką muzyki, melomanką i uczyła mnie, czego słuchać i jak. A czym skorupka za młodu nasiąknie ... wiadomo. Do tej pory, jak mi źle, to łapię oddech w filharmonii. To jest mój kościół. Poza tym - czwartki literackie, na których poznałam czołówkę literatury, kiedy byłam w liceum. Moja matka "poszła w sztukę", poznałam wielu znanych muzyków, artystów. Organizowano wspaniałe wystawy. To był też okres kiedy autorytety nie były obniżane. Trzeba po prostu być w kontakcie z ludźmi, poezją, muzyką.

- Kiedy po wyjściu ze szkoły teatralnej nastąpiło pierwsze otrzeźwienie?

- Po skończeniu szkoły teatralnej. Poznałam mężczyznę swojego życia, wyszłam za mąż, wyjechałam do Gdańska. Tuż po szkole byłam bezrobotna. Po roku pan Hanuszkiewicz zgodził się przyjąć mnie do teatru i jakoś poszło.

- Część aktorów uważa, że tak naprawdę zawodu uczą ich reżyserzy. O którym z reżyserów mogłaby pani powiedzieć, że miał na panią największy wpływ? Który nauczył panią najwięcej?

- Ładne pytanie, choć typowe. Reżyser, bez względu czy młody, stary, mężczyzna, czy kobieta, reżyseruje mnie, a ja muszę tak jak pies wąchać i czuć, czego on ode mnie chce. Szukamy wspólnie najlepszego efektu. Jeśli zjawiam się przed reżyserem to szukam, chcę zrozumieć jego intencje. Jestem szczęściarą, że spotkałam na swojej drodze na przykład Andrzeja Wajdę. Podglądanie jak on pracuje, jak wciąga do tej pracy wszystkich, nawet sprzątaczkę, jest cudowne. Mam listy pana Andrzeja do siebie. Kiedy robiliśmy materiały do "Brzeziny" i mnie się wydawało, że coś jest nie tak, potrafiłam napisać, że "jeżeli sklei materiał tak, jak proponuje, to nic z tego nie będzie, najwyżej skandal". A on mi odpisał, że owszem, mam rację, i że zrobi tak, jak on uważa, i żebym nigdy takich rzeczy nie mówiła innym reżyserom, bo inni tego nie wytrzymają. Więc jestem mu bardzo wdzięczna, że okazał się wyrozumiały dla smarkatej osoby.

- Niezależnie, czy u Wajdy, czy u Rybkowskiego, czy w "Na dobre i na złe", to zawsze jest Emilia Krakowska...

- Tak, tylko na chwilę przyjmowałam nazwiska mężów...

- To jest właśnie wielkie aktorstwo artystów, którzy grają siebie, przez pryzmat swoich postaci.

- Dziękuję, naprawdę jestem speszona taką oceną. Gdzieś ten człowiek zostaje, ale wydaje mi się, że jednak się zmienia. Przechodzi jednak przeze mnie autor, który o czymś myślał, a ja biorąc materiał przepuściłam go przez siebie. Mój instrument to jest moje ciało. To mój warsztat, nic więcej nie mam. Czasem jakąś dekorację na twarzy.

- Za trzy miesiące mam zamiar zdawać do warszawskiej szkoły teatralnej. Jakie by mi pani dała rady, jako przedstawicielce młodego pokolenia.

- Trzeba się dobrze przygotować, wiedzieć, czego się chce i jak. Kochana, masz trzy minuty czasu, wchodzisz jako sześćsetna, musisz czymś ich zająć. Musisz pomyśleć, jakie masz zalety. Do tego wejścia, na trzy minuty, przygotowujesz się 18 lat, potem się dostajesz, a po trzech miesiącach musisz pokazać coś nowego. Więc trzeba też mieć asa w rękawie, ciężko pracować, otworzyć się i musisz w sercu wiedzieć czego chcesz, a nie myśleć, że jesteś piękna, młoda, więc wszystko możesz. Jak będziesz o tym wiedziała, to pójdziesz do przodu. Ja w ogóle uważam, że każda kobieta, która chce być żoną np. ministra powinna skończyć szkołę teatralną... Wy się śmiejecie, moi drodzy, myślicie, że to nieprawda? Jak widzę takiego cymbała, co występuje i wygaduje głupoty, to zawsze się pytam: gdzie jest jego baba?! Dlaczego mu daje wieczorem jeść? Uważam, że w wielu dziedzinach powinno się taką szkołę skończyć.


Notowała:

Anna Makochonik
www.goniec-pomorski.pl

 

 

Scena Teatralna | Scena Muzyczna | Scena Poezji | Teatr przy stolikach | Dialogi o Kulturze | Spotkania autorskie

  
Napisz do nas: dialog@teatrdialog.koszalin.pl
jeśli masz jakiekolwiek pytania czy sugestie.
Copyright © 2003 Stowarzyszenie Teatr Propozycji Dialog