UCIECZKA PRZED CZASEM

Joanna NOWIŃSKA

Elżbieta OKUPSKA, śpiewająca gwiazda Teatru Rozrywki w Chorzowie pierwsze w swej karierze kroki stawiała w Koszalinie. Do dziś lubi tu przyjeżdżać. Te powroty pozwalają miłośnikom sztuki teatralnej z naszego miasta na kontakt z kunsztem aktorskim najwyższej próby. Obdarzona talentem, wyrazistą osobowością i wspaniałym głosem aktorka jest równie znakomita w repertuarze dramatycznym, groteskowo-komediowym czy musicalowym Na swoim koncie ma wiele świetnych, uhonorowanych prestiżowymi nagrodami kreacji (m.in. w "Operze za trzy grosze", "Kabarecie", "Skrzypku na dachu", "Królu Ubu", "Balu u Volanda" i musicalu "Jesus Christus Superstar"). Od 2001 roku gra główną rolę w spektaklu Madame Therese" Blaise'a Cendrarsa w reżyserii Michała RATYŃSKIEGO, który stał się przebojem teatralnych scen. Właśnie tę sztukę koszalińscy widzowie mieli okazję podziwiać 19 stycznia i trudno się dziwić, że Teatr "Dialog" przeżywał oblężenie.

Na czym polega fenomen niezwykłej popularności spektaklu? Z pewnością atutem przedstawienia jest rewelacyjne aktorstwo, inteligentna reżyseria i fabuła łącząca komediową groteskę ze wzruszającym dramatem. Równie istotny jest znakomity literacki tekst autorstwa Blaise'a Cendrarsa, francuskiego pisarza pochodzenia szwajcarskiego, uchodzącego za jednego z najwybitniejszych twórców XX wieku. Człowieka o biografii tak barwnej, że aż nieprawdopodobnej, urodzonego podróżnika docierającego do najdalszych zakątków świata, a także - żołnierza Legii Cudzoziemskiej, cyrkowego żonglera, traktorzysty, konwojenta na statkach, biznesmena, filmowca, a do tego brawurowego kierowcy. Aż trudno uwierzyć, że w swym, wypełnionym po brzegi życiu znajdował czas na twórczość literacką. Ale tak właśnie było. A na dodatek spod jego pióra wychodziły dzieła wprawiające w zdumienie i zachwyt paryskie środowiska literackie Temu supermanowi bliska była refleksyjna zaduma nad nieuchronnością przemijania... Był również wytrawnym znawcą kobiecej natury. Bohaterki jego utworów uderzają psychologiczną prawdą. Taka właśnie jest Madame Therese, mistrzowsko wykreowana na teatralnej scenie przez Elżbietę Okupską.

Kim jest tytułowa Madame? Po prostu starzejącą się aktorką, mającą już za sobą najlepsze lata, najbardziej interesujących kochanków i najwybitniejsze role. Niegdyś ponętne ciało młodziutkiej Therese było obiektem pożądliwych spojrzeń wszystkich otaczających ją mężczyzn. Była "lilią", "natchnieniem najbardziej awangardowych nurtów poetyckich", a jej sceniczny debiut okrzyknięto eksplozją talentu i sex-appelu. Dziś spotykamy ją jako tonącą w oparach taniego wina "heroinę zatęchłych teatralnych garderób", naznaczoną rozkładem niczym ostatnie kolonialne imperium, mocno zaokrągloną, o "potrójnym już podwójnym podbródku". A na dodatek - z podbitym okiem, symbolem "gorących" uczuć, jakimi madame obdarza prawdopodobnie ostatni z długiego korowodu mężczyzn przewijających się przez jej łóżko. To Karacho, dezerter z Legii Cudzoziemskiej, brutalny, nieustępliwy i twardy niczym "niezatapialny pancernik ze stali nierdzewnej".

 

 

Czy w tej wypełnionej wspomnieniami, żałosnej egzystencji jest jeszcze miejsce na walkę o sukces (a może - po prostu - o zwykłą ludzką godność?), na marzenia, na wiarę, że nie wszystko jest jeszcze definitywnie skończone, a śmietnik, na którym lądują przebrzmiałe heroiny jest jeszcze bardzo odległą perspektywą? Oczywiście, że tak! Oto uczestniczymy w ostatnich chwilach poprzedzających próbę generalną do spektaklu, w którym - być może - przygasła gwiazda zalśni dawnym blaskiem. Madame Therese jest gotowa do boju, do roli swego życia! W marzeniach wznosi się na wyżyny aktorskiej sztuki, by powalić na kolana zachwyconą i zahipnotyzowaną jej kunsztem publiczność. Jest przecież wspaniałą aktorką! Jest również - w swoim mniemaniu - wciąż pociągającą kobietą! Odziana w seksowny, jakże odważnie eksponujący ciało komplecik z polśniewającej złociście satyny, pławi się w cichym uwielbieniu swego asystenta - oddanego bezgranicznie swojej madame Mamunci. Jednocześnie snuje wspomnienia, odsłaniając nawet najbardziej intymne sekrety swego barwnego i bogatego w skandaliczne wydarzenia życia.

Na kilkadziesiąt minut Elżbieta Okupska w sposób doskonały identyfikuje się z graną przez siebie postacią. Więcej - ona po prostu JEST madame Therese. To magia teatru w krystalicznie czystej postaci, iluzja doskonała wymagająca jednak aktorskiej maestrii. I tak właśnie się dzieje. Elzbieta Okupska wykorzystała cały wachlarz swych możliwości i aktorskich środków, by w sposób jak najbardziej wiarygodny i pełen psychologicznej prawdy przedstawić widzom swoją bohaterkę. Mistrzowsko oddaje emocjonalną huśtawkę krańcowo odmiennych nastrojów - od agresji (najczęściej jej ofiarą pada oczywiście potulny Mamuncia) poprzez apatię, poczucie bezsilności i rozpacz - aż do euforii. Pełen ironicznego humoru dystans do rzeczywistości łączy z gryzącą autoironią i atakami gniewu, z wynikającym z krańcowej frustracji egocentryzmem. Z bezkompromisową szczerością odstania tajniki swojej wciąż młodej (wbrew metryce!) i namiętnej duszy, odważnie mierzy się z brudem teatralnej egzystencji, gdzie talent nie zawsze bywa dostrzeżony, doceniany i nagradzany. Pustkę swego życia wypełnia marzeniami, wspomnieniami, oczekiwaniem i... tandetnymi scenicznymi strojami. W jej mistrzowskiej interpretacji dramat dojrzałej kobiety spleciony z dramatem odchodzącej w zapomnienie aktorki staje się poruszającą do głębi tragedią. Oglądamy koncert gry aktorskiej, osiągający swoje apogeum w poruszającej najbardziej intymne struny ludzkiej psychiki scenie finałowej.

Znika frywolnie ubrana (a raczej: rozebrana) przechodzona damulka w pretensjach. Wystarczy błyskawiczna charakteryzacja i na scenie pojawia się stara kobieta. Śmiertelnie blada, poorana zmarszczkami twarz, matowe spojrzenie, poczerniałe usta, żałośnie przerzedzone włosy... Ale - zawsze pod bronią! Więc sznur pereł zamotany wokół zwiędłej szyi, błysk zdobiących jarmarczną suknię cekinów. Odwieczna kobieca kokieteria czyni tym bardziej przejmującym finałowy monolog przesycony bólem i tęsknotą za minioną bezpowrotnie młodością, blaskiem oczu, czerwienią warg, słodką buzią, ponętnie zaokrągloną bródką, wysoko sklepionymi piersiami, strzelistymi, jedwabiście gładkimi udami... Co pozostaje? Tylko nieuchronny kres. Więc - memento mori... A może - carpe diem?

Egzystencjalny dramat mocno już dojrzałej aktorki rozgrywa się w przestrzeni scenicznej zmienionej w garderobę. Podświetlane lustra, na wpół opróżnione butelki, porozrzucane w nieładzie kosmetyki, wieszaki pełne fantazyjnych kapeluszy, peruk i lśniących cekinami kreacji. Feeria barw współbrzmi z chaosem emocjonalnym bohaterki, tym bardziej wyrazistym na tle wyciszonego i skupionego na swym "mrocznym przedmiocie pożądania" "Mamunci" (Andrzej Kowalczyk). Oprócz aktorskich kreacji atmosferę teatralnego widowiska buduje gra świateł, rozpalających złociste refleksy i obnażającej pustkę teatralnej egzystencji, w której prawdziwe życie tak często ustępuje miejsca iluzji...


 

 

Niniejszy tekst publikujemy dzięki uprzejmości
redakcji miesięcznika społeczno-kulturalnego "Miesięcznik"

 

Scena Teatralna | Scena Muzyczna | Scena Poezji | Teatr przy stolikach | Dialogi o Kulturze | Spotkania autorskie
  
Napisz do nas: dialog@teatrdialog.koszalin.pl
jeśli masz jakiekolwiek pytania czy sugestie.
Copyright © 2003 Stowarzyszenie Teatr Propozycji Dialog